Czytaj ją między wierszami... wciąż.



stat4u
Nie przejmuj się przecinkami,
te wszystkie
znaki przestankowe,
dwukropki, średniki
i myślniki,
które tak skrupulatnie zaznaczasz,
zostaną, mocą nieuwagi korektora, przeoczone;
twój rytm
zdania, myślenia, języka
okaże się mniej ważny
niż się spodziewałeś,
czy może niż chciałeś.
To były wszystko pobożne życzenia -
nie będziesz czytany do muzyki mowy
ale do zgiełku rzeczy.

(Piotr Sommer, "Korekta")
Blog > Komentarze do wpisu

Wczoraj blogasek mnie nie lubił. Napisałam hiperdługą notkę o tym, jak to mi źle i w ogóle buuuu-u, a Internet ją zjadł (niedobry on). W związku z czym dzisiaj będzie zapewne nieco mniej dramatycznie (w końcu wczoraj przeryczałam pół nocy, nie dziś - przynajmniej do tej pory...), ale postaram się odtworzyć. Wszak nie od dziś wiadomo, że moje myśli bezcenne są, prawdaż. 

(oooooraz sobie za chwilę zapiszę szkic przynajmniej, coby mieć na początek, w razie gdyby)

Smutno mi. I nie, budyń nie pomoże. Uwaga, będzie głęboko smutna konstatacja. Zasadniczo jest mi smutno bo, heh, ja to ja. Z całym swoim wszystkim. Z przejściami. Bez przejść. Z defetyzmem - tudne słowo (ktoś mi sto lat temu tak o mnie powiedział), z podciętymi skrzydłami (jak wcześniej, tym razem by O.). Z całym wachlarzem odchyleń, łącznie z ryczeniem przez pół nocy, prawdaż.   

Refleksja przedawniona była przede wszystkim taka, że chciałabym być prostsza.

Gdybym była prostsza, napisałabym do X-a z pytaniem, dlaczego się tak nagle przestał odzywać i czy w ogóle wszystko OK. Bo ja generealnie ugodowa jestem i tak dalej, mogę się usunąć, ba, nawet przeboleć, że tracę wszystko i wszystkich, ale. ALE. Ale ja muszę, absolutnie MUSZĘ wiedzieć, że u moich znajomych/byłych znajomych jest w porządku. To działa na zasadzie: jesteś szczęśliwy? Okay, cieszę się Twoim szczęściem, pamiętaj, że gdybyś czegoś potrzebował(a), to jestem, a jeśli teraz zajmuje Cię coś innego - niech będzie i tak, przecież różnie to w życiu bywa.

Gdybym była prostsza, olałabym to, że Y mi nie odpisał raz czy dwa i wysłałabym konkretny komunikat. Chodź gdzieś. Porozmawiajmy. Przecież za chwilę już mnie tu nie będzie. Tymczasem jestem w fazie "lubi mnie? nie lubi? WTF?!". Albowiem ponieważ gdyż najpierw mnie lubił bardzo, potem nagle zniknął, teraz przed majówką pojawił się znikąd, a teraz nagle znowu nic, mimo że się - wedle życzenia - odezwałam. I mam takie wrażenie, że coś mi umyka. Ze (s)tracę/(s)traciłam. I że będę tęskniła. Heh. To ostatnie to nawet nie wrażenie, tego zwyczajnie jestem pewna (a trzeba wiedzieć, że niewielu rzeczy jestem pewna ostatnio). A, no i wiadomoż:

Bycie przytulaną jest o wiele bardziej niebezpieczne od seksu. Bo przynajmniej przez chwilę jest coś, czego tak naprawdę w ogóle nie ma.  (nie ja, Jaga)

[Update: zaGGadany rozmawia ze mną normalnie i jeszcze chyba się z tego cieszy? Niniejszym stwierdzam, że ja mam we głowie ;) mętlik, a on prawdopodobnie schizofrenię czy coś.]

Gdybym była prostsza, nie wmawiałabym sobie, że na nic/na wszystko nie zasługuję. A sobie wmawiam. Dla przykładu scenka rodzajowa. Tegorocznych Juwe właściwie nie odczułam (poza alkoholem), głównie ze względu na warunki pogodowe. No ale drugiego dnia wylądowaliśmy w klubie, coby się schronić przed ulewą i burzą. I jest tak: idę sobie, idę, szukamy miejsca, rozglądamy się i nagle ktoś mnie odciąga:

- Jesteś sama?

- Nie, przyszłam ze znajomymi.

- Dasz mi swój numer telefonu?

- A w jakim celu?

- Tak mi się podobasz...

- Wiesz, ja Ci mogę dać ten numer telefonu, tylko nic z tego nie wyniknie.

- A nie, to jak nic nie wyniknie, to nie chcę. Chcę tylko, jeśli wyniknie. 

(Tak, wiem, to takie tandetne :D)

Do czego dążę? Ano do tego, że oczywiście, że nie mogło z tego nic wyniknąć. Bo facet był fizycznie co najmniej dwa-trzy levele nade mną. I w ogóle nie powinien się do mnie odezwać. No bo e no nie, to się nie zdarza w moim świecie. Tymczasem potem się jeszcze za każdym razem do mnie uśmiechał, jak obok niego przechodziłam, a ja plułam sobie w brodę, że ja to ja. W sumie pluję do tej pory. Ech. No bo nie mogę, jak tak zwany normalny człowiek pójść sobie na randkę albo dwie, prawda? Nawet, jeśli nic z tego miałoby nie wyjść. Nie mogę. Bo ja to ja. Ech.

No i jako że zostałam rozproszona, to mi umknęło... wszystko. Ale mniejsza. Pamiętam jeszcze tyle, że z głębokich myśli wczorajszych było jeszcze to, że jestem okrutnie przerażona. Wszystkim. Naprawdę, mam przegłębokie poczucie strachu - jak chyba nigdy dotąd. Boję się, że się nie obronię. Boję się, że nie mam perspektyw (bo, nie ukrywajmy, w naszej cudnej rzeczywistości i z moim cudnym wykształceniem - nie mam). Boję się, że zostanę sama. Nie w znaczeniu związkowym, z tym się już pogodziłam raczej, tak jest chyba nawet lepiej. Boję się, że ludzie, którzy są wokoło, się rozejdą. A bez nich zginę niechybnie. Chociaż znam ludzi, którzy uważają, że jestem zamknięta, nie wpuszczam nikogo nowego do grona swoich przyjaciół i takie tam. Hm.

Boję się nowego. I pragnę jednocześnie. Jak cholera. Cała, cała ja.

Oraz przeszło mi przez myśl, że jak już będę na tym bezrobociu, to machnę sobie wreszcie powieść albo przynajmniej zatroszczę się o druk którychś tekstów, powiedzmy, natury naukowej. Nooo, ale jakby mi się jeszcze tak chciało, jak mi się nie chce...

Tymczasem plik z magisterką mam dzielnie otwarty. Od dobrych kilku godzin. I oczywiście, że ni się w jego treści nie zmieniło, heh.

Oraz rozesłałam cefałki i motywacyjki, sztuk dwie po każdej. Bo akurat mi się natrafiło na ogłoszenia krzyczące do mnie. Szczegół, że nie mam magistra, no nie... A nawiasem mówiąc, od wielu lat niezmiennie uważam, że list motywacyjny to najdebilniejsza forma pisemna, jaką wymyślono.

A jak kiedyś skończę tę magisterkę - zaręczam - będę stupięćdziesięciokilowym wielorybem. Własnie pochłonęłam w trymiga całą czekoladę, batonika i sezamki. Oraz jem jak dzika świnia co popadnie. Z ciekawszych kombinacji wczoraj było kakao-kisiel morelowy-pucha zielonego groszku. Coraz lepiej. Ech... 

& ilustracja muzyczna na dziś, oczywiście:

 

poniedziałek, 14 maja 2012, do_okreslenia

Polecane wpisy

Komentarze
2012/05/16 14:42:00
bo faceci są w ogóle schizofreniczni ostatnio O.o też się z jakimś próbowałam dogadać, ale nie wyszło i się przestał odzywać... też wolę wersję "nie odzywam się, bo...", a nie totalna cisza. ale widocznie oni mają za małe jaja na to.
-
2012/05/17 19:19:09
ostatnio? a nie jest tak, że są schizofreniczni w ogóle ;)? i że problemem nie jest wielkość jaj, a brak tychże :D?
-
2012/06/07 11:20:23
coś w tym jest :D chociaż KIEDYŚ było chyba jednak trochę inaczej... ale dalej naiwnie wierzę w to, że może tym razem się uda i będzie lepiej... nie obrażę się za trzymanie kciuków ;)
-
2012/06/22 08:55:37
Dopiero zauważyłam Twój komentarz :). Kochana, ja za Ciebie kciuki trzymam zawsze i w każdej kwestii :). A że kiedyś było inaczej? Hmmm, ja chyba nie doświadczyłam.